Strona Główna |
Ksiega Gości |
Dodaj do Księgi |
Dodaj do Ulubionych | 1126
9.Scott
Od autorki:
Widziałam Cię kilkakrotnie na szkolnym korytarzu. Stałaś na uboczu z zeszytem w ręku. Chemia? Fizyka? Język obcy? Geografia?
Już więcej Cię nie zobaczę.
Chociaż nie znałam Twego imienia, ni ksywy, nazwiska, i tak czuję w pewien sposób smutek. Byłaś jedną z nas.
Dlaczego...?
Spieszmy się kochać ludzi... Tak szybko odchodzą...
Rozdział IX
Sobota.
Weekend.
W Los Angeles każdy koniec tygodnia kojarzył się ze słońcem, bezchmurnym niebem i beztroskimi twarzami.
W Shelton było inaczej. Widok za oknem zasłaniała gęsta mgła, a słońce uwięzione było pod gęstą pokrywą szarych chmur.
Poza tym miała być to sobota imprezowa... Ale nie dla mnie.
Gdzieś w głębi serca czułam żal. Żal, który był też wobec mnie samej skierowanej. Sama utrudniałam sobie życie, sama odizolowałam się od reszty społeczeństwa. Zamiast pójść i postarać się, aby pozostali mnie polubili, wolałam wycofać się w cień i czekać na... no właśnie - na co?
-Wychodzisz dzisiaj gdzieś? - zapytała Victoria, gdy zabrałam się do zmywania naczyń po śniadaniu.
-Nie, nie, nigdzie nie idę. - odparłam bez życia.
-Na pewno? Nawet wieczorem?
Spojrzałam na nią. Była czymś najwyraźniej zaciekawiona.
-Nie... - odpowiedziałam ponownie zirytowana.
Victoria westchnęła.
-Zapuścisz tu korzenia. Nie chcę cię wyganiać, ale myślałam, że dzisiejsza młodzież najchętniej już w ogóle nie wracałaby do domu, tylko szwendała się po imprezach czy spędzała czas wolny ze znajomymi.
Wbiłam wzrok w miskę, którą akurat wycierałam. Była już czysta, ale uparcie dalej ją szorowałam.
-Nie ma tutaj raczej żadnych imprez... - burknęłam.
-A znajomi?
-Też nie...
Próbowałam się opanować, ale gorycz w moim ciele się nasilał. Pustka wzrastała.
Poczułam wzrok Victorii na sobie.
-Sharley...
Odłożyłam talerz i odwróciłam się na pięcie w jej stronę.
-Możemy potem pogadać? Chciałabym się jeszcze pouczyć... - przerwałam jej.
Nie czekając na odpowiedź wyszłam z kuchni.
-W sobotę? - usłyszałam za sobą, ale nie zareagowałam na tą uwagę.
Resztę dnia spędziłam na robieniu porządków i uczeniu się rzeczy, które i tak do niczego nie były mi potrzebne. Przed oczami co chwilę pojawiała mi się twarz Jay'a. Nie chciałam go krzywdzić, ale pocieszałam się myślą, że gdyby widział, jak się męczę na tej imprezie, to też nie byłoby mu miło.
Zapadał już zmrok, gdy nagle usłyszałam, że zadzwonił dzwonek do drzwi. Zaciekawiona, wyjrzałam przez okno.
Ujrzałam zaparkowany na podjeździe nieznajomy mi samochód. Był to czarny Golf.
Wyszłam z pokoju.
-Czy zastałem Sharley?
Ten aksamitny, barytonowy głos był mi bardzo dobrze znajomy. Różnił się minimalnie od głosu Colina.
Zeszłam pospiesznie po schodach i zobaczyłam Scotta i Victorię. Chłopak miał tym razem schludnie ułożone włosy, jasne jeansy, biały sweter i rozpiętą kurtkę koloru oliwki.
-Jestem. - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się mimo szoku, którego doznałam.
-Witaj.
Scott również się uśmiechnął.
Victoria świdrowała mnie wzrokiem. W jej oczach można było zauważyć satysfakcję i zaskoczenie.
Jednakże moje zaskoczenie było chyba największe. Język wyrywał mi się do bombardowania Scotta pytaniami. Potrzebowałam natychmiastowej odpowiedzi na pytania typu : "Co ty tu robisz?".
-Może zaprosisz kolegę do siebie na górę? - zaproponowała Victoria.
Nagle do mojej głowy napłynęły nowe obawy. Mój pokój. Chociaż sprzątałam w nim praktycznie cały dzień, to i tak wolałam wszystkich dookoła trzymać od niego daleko. Był na tyle skromnie urządzony, że wstydziłam się kogokolwiek do niego zaprosić. A szczególnie kogoś takiego jak Scott...
-Eee... Jasne... - burknęłam i spojrzałam na mojego gościa. - Zapraszam.
Odwróciłam się bezceremonialnie i podążyłam w stronę pokoju. Stojąc we framugach drzwi przełknęłam głośno ślinę.
-Niestety nie zaskoczę cię wyposażeniem... - odparłam zawstydzona.
Scott przeszedł obok mnie, zatrzymał się na środku pokoju, rozejrzał się przez chwilę wokół, po czym jego wzrok zatrzymał się na toaletce, do której lustra przypięłam kilka zdjęć.
Podszedł do niej i zaczął się nim przyglądać.
-Krajobrazy, krajobrazy... zwierzęta...
-Mój pies... - przerwałam mu.
-Masz psa? - zapytał zaciekawiony.
-Miałam... - poprawiłam się.
-A co się z nim stało, jeśli mogę zapytać?
-Wpadł pod samochód... - odpowiedziałam krótko i od razu przypomniała mi się scena przed czterech lat, kiedy podczas codziennego spaceru Lucky wyrwał mi się i przebiegł przez ulicę. Nie dotarł na jej drogi koniec.
-Przykro mi. - odparł. - Też zawsze chciałem mieć psa rasy beagle...
Westchnęłam.
-Chyba nie przyszedłeś, żeby rozmawiać ze mną o psach, prawda?
Chłopak wbił wzrok w swoje dłonie.
-Masz rację...
-Więc?
-Nie masz gości...
Spojrzałam na niego. A więc zdołał mnie przejrzeć.
-Eee... - wydukałam czerwieniąc się.
-Spotkałem dzisiaj rano w sklepie twoją ciocię. Zapytała mnie, co u mnie słychać, jak tam w szkole... Więc jej odpowiedziałem. Później to ja zadałem pytanie. Chciałem wiedzieć, jak tam goście się miewają. Twoja ciocia zareagowała mocnym zirytowaniem...
Nagle wszystko do mnie dotarło. Nareszcie wiedziałam, dlaczego Victoria rano się tak wypytywała, dlaczego chciała mnie jakoś wyciągnąć z domu i dlaczego ostatecznie przyjechał Scott.
Spuściłam głowę. Czułam na sobie jego wzrok. Było mi strasznie głupio.
-Jay chce być dla ciebie miły, każdy z tej ekipy chce być dla ciebie miły. Nie myśl sobie, że oni, czy ja cię nie lubimy, że cię odtrącamy. Każdy zasługuje na szansę, prawda? Nikt nikogo nie skreśla na samym starcie.
-Wiem, wiem... - burknęłam, przerywając mu tym samym w jego przemowie.
Scott westchnął.
-Wiem, że jestem dla ciebie postacią irytującą.
Spojrzałam na niego zdumiona.
-Trochę tak... W dość nietypowy sposób przebiegło nasze pierwsze spotkanie... Poza tym wydawało mi się, że raczej mnie nie lubisz... No wiesz... Ignorowałeś mnie. Tak samo, jak twój brat.
Byłam wobec niego szczera. Wolałam wszystkie te negatywne emocje z siebie wypuścić zamiast dalej żyć w niewiedzy.
Zapadła chwila ciszy. Scott intensywnie zaczął się nad czymś zastanawiać. Zamknął oczy. Wyglądał jak posąg o idealnych proporcjach.
-Ja ciebie irytuję, a ty mnie. - powiedział wreszcie, a kąciki jego ust lekko podniosły się ku górze.
Zmarszczyłam czoło.
-Teraz jeszcze bardziej mnie irytujesz...
Chłopak westchnął.
-Gdy się dowiedziałem, że to wtedy ty siedziałaś na tej łodzi... Zdziwiłem się. Cała ta sytuacja była jakaś... Sam nie wiem. Popełniłem błąd. Mam być wobec ciebie szczery?
Przytaknęłam.
-Miałem cię za jakąś obłąkaną osobę. Wiem, wiem-jeszcze pięć minut temu mówiłem, że nie warto skreślać człowieka przy pierwszym spojrzeniu. Ale wydawałaś mi się dziwna... Jakaś inna. Dziewczyny z naszej szkoły biegają za chłopakami, piszczą jak wariatki, gdy coś je zaskoczy, nieustannie plotkują, naśladują często idiotyczne wzorce osobowe. A ty tymczasem zawsze tak jakby trzymałaś się na uboczu...
-To źle? - przerwałam mu zdziwiona.
Scott uśmiechnął się jeszcze bardziej.
-Nie, nie, ale w pewien sposób mnie zirytowałaś...
-Pewnie twojego brata moja osoba jeszcze bardziej dziwi... - zauważyłam.
-Colin to całkiem inna bajka. - odpowiedział Scott i wzruszył ramionami.
-Czyli? - zapytałam zaciekawiona.
Mój gość podszedł do łóżka i usiadł na nim. Podeszłam więc do niego i usiadłam obok niego.
-On posiada swoje własne poglądy... Pewnie znasz naszą historię?
-Tak. - odpowiedziałam cicho i spuściłam wzrok.
-A my znamy twoją... Colin ciebie nie rozumie. Uważa cię za bezduszną istotę, bo mimo bólu, który powinnaś przeżywać, jesteś niesamowicie opanowana. Co więcej-normalnie funkcjonujesz. A on tymczasem nie potrafi sobie dać radę z takim życiem...
Moją twarz nagle wykrzywił grymas bólu. Wspomnienia wróciły...
-Przepraszam. - powiedział z pośpiechem. - Nie powinienem poruszać takich tematów...
-Nie masz za co mnie przepraszać. Sama chciałam wiedzieć, dlaczego twój brat ma mnie za nikogo.
Zapadła chwila ciszy. Wbiłam wzrok w zdjęcia, które widniały na lustrze. Żadnych rodzinnych zdjęć, żadnych zdjęć ze znajomymi... Nic... Pustka. Tak, jak moje wspomnienia, odizolowałam także zdjęcia, by te nie wywoływały przeszłości, o której nie chciałam dłużej wiedzieć.
-Jak ty sobie z tym radzisz? - zapytał nagle Scott bardzo cicho. W jego głosie usłyszałam smutek.
Spojrzałam na niego. Patrzył na mnie. Jego szare oczy wyróżniały się na tle jego ciała, które kąpało się w zapadającym zmroku.
-Pozwalam odejść... Pozwalam odejść mojej przeszłości, moim wspomnieniom. Wręcz nakazuję im odejść. Chcę żyć. Chcę żyć nowym życiem. Nie mogłabym już dłużej funkcjonować w rzeczywistości, która byłaby pokolorowana moją przeszłością. Ale do końca nie da się odizolować od tego wszystkiego. Wracają obrazy, dźwięki i zapachy. Wraca euforia przeplatana rozpaczą. Wciąż walczę z tym. Muszę. Muszę, żeby móc rozpocząć nowe życie. Muszę wszystko pozostawić za sobą, chociaż to właśnie sprawia mi największy ból.
Poczułam, że po policzku spływa mi łza. Kolejny raz wszystko wróciło. Kolejny raz pozwoliłam na to, żeby wspomnienia zalały mój umysł i duszę, żeby zawładnęły nad moim kruchym ciałem.
Scott przysunął się do mnie i mocno przytulił mnie do siebie.
Fala ciepła ogarnęła moje ciało. Czułam na skórze jego nierówny oddech.
On mnie rozumiał. On wiedział, co znaczy ból. On również był blisko, aby stracić kolejnego członka rodziny, kolejną osobę, którą kochał...
Scott Jones.
sharley 14/11/2009 13:29:12 [
komentarzy 3]
Komentuj
Profil:
Napisz do mnie
Życie Sharley Stone
Archiwum:
2009ListopadPaździernikWrzesieńSierpień
Ulubieni:






Linki:
Moje pierwsze opowiadanie - The Hills
Credits:
Szablon zrobiła Crystal69 |
| Powered by
Blog4u